sobota, 1 listopada 2014

Nie zawsze na smutno.

Śmiech na cmentarzu z zasady nie jest mile widziany. Wyuczono nas trochę tej zadumy nad śmiercią, a pobyt wśród grobów najbliższych, generuje dodatkowy smutek i milczenie. A gdyby tak, mimo wszystko, dodać do tego szczyptę humoru i wspominać bliskich na wesoło? Pomysł ten narodził się w głowie rumuńskiego artysty, który w 1935 roku zrewolucjonizował malutki cmentarz w Sapancie, dodając mu kolorów i "życia". Ioan Stan Patraş postanowił bowiem użyć swojego talentu i upamiętnić zmarłych w dość niebanalny sposób. Na tablicach pamiątkowych wymalował pędzlem anegdoty z życia zmarłych, informację o tym kim byli i czym się zajmowali, a także sposób w jaki umarli. Zamiast szarych, kamiennych nagrobków, znajdziemy tam drewniane, niezwykle kolorowe krzyże i zabawne obrazki. Spacerując po takim cmentarzu, naprawdę trudno się nie uśmiechnąć! I nie wydaje mi się, aby było w tym coś złego. Sapanta stała się aktualnie jedną z największych atrakcji turystycznych Rumunii, a wstęp na "Wesoły Cmentarz" jest biletowany. Czy w związku z tym, ktoś kiedyś podchwyci ten pomysł i spróbuje stworzyć podobny? A może wolimy jednak, by te nasze cmentarze były szare i "odpowiednio" smutne?





poniedziałek, 27 października 2014

Spacer po Księżycu.

Opowieści z Rumunii zaczynamy od wulkanów błotnych (Vulcanii Noroioşi) w okolicy Buzău. Na całym świecie znanych jest tylko kilka miejsc, w których można zaobserwować to zjawisko geologiczne - jednym z nich, jest właśnie rumuńska Wołoszczyzna. Rezerwat robi niemałe wrażenie. Niezwykły krajobraz, bulgoczące błoto i unoszący się nad ziemią zapach gazu sprawia, że człowiek zapomina na chwilę o tym, na jakiej planecie przebywa. Wulkany rozciągają się na kilku, sąsiadujących ze sobą wzgórzach. Każde objęte jest ochroną, a za wstęp na teren rezerwatu - pobierana jest niewielka opłata. My skusiliśmy się na Paclele Mici oraz Paclele Mari. Z tych dwóch, polecamy szczególnie pierwsze (wcale nie dlatego, że przy tych drugich postawiono ogromny pensjonat z restauracją...).










wtorek, 7 października 2014

Stolicy czar.

Nie lubimy stolic. Właściwie ciężko ocenić dlaczego. Chyba po prostu nie przepadamy za dużymi, zatłoczonymi miastami, w których ciężko o nawiązanie spontanicznych relacji z mieszkańcami. W krajach, które mieliśmy okazję zobaczyć - stolice odwiedzaliśmy nierzadko przypadkiem lub wcale. Niewiele jest takich, do których pojechaliśmy celowo i nie żałujemy (wyjątkowo lubimy Sarajewo, Budapeszt i Pragę, podobał nam się Rzym i może nawet fragment Skopje, bliski nam jest też Berlin, ale to zupełnie inna półka).

Budapeszt - Węgry.


Skopje - Macedonia.


Jeszcze mniej jest takich, do których zajechaliśmy przypadkiem i również nie żałujemy (Rabat? Prisztina?). Prawdopodobnie więcej jest takich omijanych z premedytacją (np. Belgrad, Zagrzeb, Podgorica - zawsze byliśmy obok!).

Rabat - Maroko.


Prisztina - Kosowo.
Być może nie potrafimy docenić uroków dużych miast. Może przeszkadza nam to, że miejsca warte zobaczenia rozsiane są zwykle na olbrzymiej przestrzeni, po której owszem, można się błąkać bez celu, licząc na to, że trafi się w jakieś niezwykłe miejsce - ale o ile przyjemniejsze jest błąkanie się po małych miasteczkach! Nieprawdą jest też twierdzenie, że stolica musi być najładniejszym, najbardziej zadbanym miastem w kraju. Przecież logiczne jest, że im większa przestrzeń - tym trudniej ją uporządkować! No i kto mi powie, co takiego pięknego jest np. w albańskiej Tiranie?

Tirana - Albania.


Lubimy małe mieściny, w których pan na poczcie, zapytany o dobrą restaurację - zamyka okienko i prowadzi nas przez pół miasta do miejsca, w którym pysznie zjemy. Albo wioski, w których wszyscy się znają i będąc gościem w jednym domu - stajemy się gośćmi w pozostałych. Czasem pojawia się jednak wątpliwość, czy omijając jakąś stolicę nie tracimy zbyt wiele? 

I w tym miejscu pojawia się pytanie - będąc w Rumunii warto odwiedzić Bukareszt, czy nie?


środa, 1 października 2014

Dla fanów wody i gór.

Mroźne wieczory zbliżają się bezlitośnie, co raz częściej zaglądamy więc do zdjęć z wyjazdów, by choć na chwilę przypomnieć sobie o istnieniu słońca i ciepła. Dziś padło na migawki z Macedonii. Mały kraj, który mimo braku dostępu do morza, oferuje mi to, co lubię najbardziej - połączenie wody i gór. Warto poznać go lepiej, niż przez pryzmat kontrowersyjnej stolicy, a to o niej wspomina się niestety najczęściej. Tymczasem Macedonia pełna jest urokliwych miejsc, w których można błyskawicznie się zakochać. Ktoś się ze mną nie zgodzi? 






piątek, 12 września 2014

Czując miętę do Maroka.

"A jeśli herbata, to jaka?" Standardowe pytanie, stawiane w progu naszego domu, gdzie wybór herbat ograniczony jest wyłącznie przez pojemność szafki do tego przeznaczonej. Tymczasem w niektórych krajach sprawa jest banalnie prosta. Każdy wie, że Maroko to kraj sokiem pomarańczowym i herbatą miętową płynący. Nie jest to jednak herbata z torebki. Ba! Nie są to nawet liście mięty zalane wrzątkiem, jak to czasem nam się zdarza. Jest to swoista kompilacja chińskiej zielonej herbaty (koniecznie Gunpowder!), liści mięty, olbrzymiej ilości cukru i... grudek żywicy.

Sposób parzenia jest istną ceremonią - najczęściej najpierw parzona jest herbata zielona, którą następnie przelewa się już bez liści do imbryka z miętą, cukrem i żywicą i powoli się gotuje. Czasem zieloną zalewa się wrzątkiem od razu z miętą. Czasem pierwszy napar z zielonej jest wylewany, a przegotowane już liście zalewa się ponownie, dodając całą resztę i gotując oczywiście. Niezależnie od tego, rozlewa się ją potem do malutkich szklaneczek (kieliszków!) i... przelewa z powrotem do czajniczka. Tak kilka razy, dbając o to, by zawartość imbryka została dobrze wymieszana. Sztuka tkwi w tym, by herbatę rozlewać z jak największej wysokości, robiąc przy tym piankę w szklance.

W każdym domu marokańska mięta smakuje inaczej. Czasem, dla urozmaicenia, coś tam się do niej dodaje, czasem brakuje żywicy. A po co żywica? Ano po to, by się bardziej pieniło! Herbata ta wszędzie jest jednak podstawą gościnności, nieodłącznym elementem życia rodzinnego i społecznego. Zwana marokańską whisky, uzależnia jak alkohol (z powodu szalonej ilości cukru) i chyba czasem tak też jest traktowana. Wyobraźcie sobie najbardziej obleśną spelunę, z której słuchać pokrzykiwania, a dym z papierosów czuć w obrębie paru metrów od lokalu - czego się spodziewacie? Na pewno nie grupy mężczyzn popijających miętę i super ekspresywnie grających w domino, prawda? A takie rzeczy się dzieją...


niedziela, 24 sierpnia 2014

O niepodległej Ukrainie słów kilka.

Nasi sąsiedzi świętują dziś Dzień Niepodległości. Parę lat temu, mieliśmy okazję świętować razem z nimi. W miastach powiewały ukraińskie flagi, mieszkańcy zakładali ludowe stroje, nawet pomniki ubierane były w tradycyjne wyszywanki. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy dowiedzieliśmy się, że ludzie dzwonią tego dnia do siebie, by złożyć sobie życzenia! Nie brakuje oczywiście oficjalnych defilad i innych "sztywnych" uroczystości, ale poza nimi wyczuć można spontaniczny i radosny patriotyzm. Nie chcemy pisać o tym, co na Ukrainie dzieje się teraz. Chcemy tylko przypomnieć wartość i znaczenie niepodległości i życzyć całemu światu tego, by każdy kraj mógł się z niej cieszyć. Na przykład, tak, jak ta pani:



wtorek, 19 sierpnia 2014

Myślisz, że umiesz gotować? Serio?

Może i nie uprawiamy turystyki kulinarnej, ale jeść coś człowiek musi. A czy jest coś lepszego od domowego jedzenia? Chyba tylko wspólne gotowanie!

Marokańska wioska. Domki z gliny i kuchnia, w której od rana do nocy toczy się życie. Zbliża się pora kolacji; żeńska część rodziny woła mnie do pomocy, więc idę. Pada hasło: kuskus z warzywami. Myślę sobie - nic prostszego! Wystarczy zalać wrzątkiem i za parę minut będziemy jeść!

Na ziemii leży olbrzymia miska wypełniona żółciutką kaszą. Dziewczyny klękają wokół niej na kolanach i podwijają rękawy. Wygląda podejrzanie. Kuskus nie raz robiłam, ale nigdy się do niego nie modliłam... Najstarsza z sióstr polewa kuskus wodą i oliwą. Po czym, każe mi mieszać. Podwijam więc rękawy i zaczynam taplać się w kaszy. Robię to nieporadnie, więc wszyscy dookoła zanoszą się śmiechem. Nie mogą uwierzyć w to, że mam tyle lat, męża pod dachem i nie potrafię przyrządzić kuskusu. Jak to możliwe? Przecież to podstawa! Na ogniu stoi wielki gar z gotującą się wodą. Na nim sito. Odpowiednio długo mieszany kuskus - ląduje na parze. Fajnie, zdrowo! Zaraz będzie gotów! Zabieramy się za warzywa. Obrane - wskakują do gara z wrzątkiem. Wszystko wydaje się mieć sens. Jakie jest więc moje zdziwienie, gdy po 10 minutach kuskus zostaje przerzucony z sita.. z powrotem do miski. Kolejny łyk wody i oliwy, kolejne mieszanie. Jest trudniej, bo kasza już gorąca. Idzie mi sprawniej, więc zawartość miski dość prędko zabrana zostaje na parę. Nie na długo - tym razem "parzy się" 15 minut. Zgadnijcie co potem? Nic już mnie nie dziwi, nawet kolejne mieszanie i kolejne 20 minut na parze. Robię, co mi każą, bo wiem już, że nie będzie to zwykły kuskus. Będzie to najlepszy kuskus, jaki jadłam w życiu! Nie mylę się ani trochę. Po godzinie, w głównym pomieszczeniu zasiadamy do usypanego (w tej wielkiej misie) kopca z kaszy, obłożonego ugotowanymi warzywami. Zajadamy rękoma, jak wszyscy. Podrzucając garstki kuskusu w dłoni, formujemy łatwe do zjedzenia kulki. Nie lada sztuka. Adekwatna do metody przyrządzania dania. Czasem mi głupio, że w domu zalewam kuskus wrzątkiem i zjadam go sztućcami...



A jeśli następnego dnia wydawało mi się, że przygotowanie naleśników na śniadanie będzie łatwiejsze - myliłam się bardzo.



Na koniec prawdziwe wyzwanie - słynna, afrykańska mahjouba (prawie mi wychodziło!).